Mieszkam w Cork kilka ładnych lat i naprawdę rzadko (choć, przyznam szczerze, nie jestem stałym bywalcem muzycznych ani też innych imprez w mieście) miałam okazję słyszeć fałszującego Irlandczyka. Ta nacja jest wyjątkowo muzykalna, co daje się zauważyć również i w śpiewnej mowie.
Tymczasem w niedzielny późny wieczór, w Crane Lane podczas koncertu Saint John the Gambler usłyszałam coś co mnie bardzo zadziwiło. Klimaty ni to knajpiane ni to klezmerskie z nutą bałkańską; teoretycznie ciekawy zestaw instrumentów, bo i trąbka, i kontrabas, do tego gitara na zmianę z banjo. Ale wokalista beczącym głosem fałszował niemiłosiernie, trąbka skrzeczała, a kontrabas dzielnie im towarzyszył.
I wtedy… z ciemnych otchłani baru wyłonili się dwaj panowie, którzy rozpoczęli przed sceną niesamowity taniec. Przemieszczali się niewiarygodnie szybko w różnych kierunkach, całkowicie nieprzewidywalnie, to wyhamowując znienacka, to znowu przyspieszając. Ich nogi żyły własnym życiem i nie było to życie uporządkowane i wypełnione rutyną. Właściwie każda część ciała opowiadała własną historię. Patrzyłam zadziwiona…
To było coś! Dzięki wam, nieznani panowie, ten wieczór nie należał do całkowicie straconych!
Joanna Wierszyllo
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz